Spełniam kobiece marzenia

 

Spełniam kobiece marzenia

Z sukcesem wprowadziła do Polski harlequiny. Potem była szefową dużej agencji reklamowej. NINA KOWALEWSKA-MOTLIK uwielbia nowe wyzwania. Dlatego teraz stworzyła niezwykłe perfumy. Odskocznię od pracy stanowią dom i gotowanie. U niej zawsze pachnie pysznym ciastem!

Dlaczego my, kobiety, tak bardzo kochamy perfumy? Nina Kowalewska-Motlik Bo nas przenoszą do krainy marzeń, podkreślają naszą kobiecość, pobudzają zmysły, eksponują naszą drapieżność lub delikatność. Ja też od zawsze kochałam piękne perfumy, lubiłam ładnie pachnieć. Od razu lepiej się czułam. Nie ma bardziej osobistego sposobu na wyróżnienie się z tłumu niż zapach.

To stąd się wziął pomysł na wyjątkowy sklep Sense Dubai? N.K.-M. Górę wziął całkowity przypadek i przegrany zakład. Byłam w Dubaju i tam, jak weszłam do jednego sklepu, to już nie mogłam z niego wyjść. Nie umiałam się zdecydować, wszystko mi się podobało. Kupiłam jeden zapach, a potem tam wróciłam i dokupiłam jeszcze wiele buteleczek perfum i olejków. Jak wróciłam do Polski, to wszyscy się zachwycali, czym tak pachnę. Założyłam w Dubaju firmę, aby pomagać polskim przedsiębiorcom w nawiązywaniu kontaktów biznesowych. Od tego się zaczęło. Potem jeździłam do Dubaju co miesiąc i coraz bardziej zachwycałam się ich perfumami. Za każdym razem wracałam z walizką pełną flakoników dla koleżanek. W listopadzie 2014 r. byliśmy ze znajomymi na kolacji i znowu zaczął się ten temat. Aby uciąć wszelkie dywagacje, powiedziałam: „Dobrze, znajdźcie mi sklep, a ja założę perfumerię”. No i znaleźli na ulicy Mokotowskiej w Warszawie.

Załatwili to za Panią. N.K.-M. Tak, ale się z tego cieszę. (śmiech) Chyba byłam wtedy po prostu gotowa na nowe wyzwanie. Musiałam jeszcze przekonać Emiratczyków, by mi dostarczali te perfumy. A oni nie wiedzieli nawet, gdzie jest Warszawa. Przekonałam ich dzięki przyjaciołom.

Jest Pani jedyną w Europie osobą z takim asortymentem. N.K.-M. Nie tylko w Europie, jestem jedyna poza ich regionem. Najpierw sprzedawałam perfumy firmy YAS, ale cały czas czułam niedosyt i stwierdziłam, że chcę stworzyć własne perfumy pod autorską marką. Pomógł mi w tym dubajski kreator perfum Saed Al Abbas, który tworzy perfumy dla szejków. Mamy dziś 22 zapachy, które są tylko tu w Warszawie.

I to wszystko przez przypadek. N.K.-M. Tak. Moje życie naprawdę składa się z przypadków i paradoksów. Na przykład coś mi się nie udało, uważałam, że to koniec świata, miałam poczucie porażki. I nagle się okazywało, że otwierają się kolejne drzwi, o których nawet bym nie pomyślała.

To znaczy? N.K.-M. Kiedy straciłam pracę w jednej firmie, zadzwoniła do mnie świętej pamięci teściowa i powiedziała, że w Polskim Radiu szukają lektorów z dobrym angielskim. Poszłam i zostałam. Po czym urodziłam córkę i na jednym ze spacerów z dzieckiem spotkałam koleżankę. Szła ze znajomym, który powiedział, że w jego amerykańskiej firmie szukają sekretarki. Mój ówczesny mąż był zdolnym malarzem, ale ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Odłożyłam dyplom do szuflady i zostałam sekretarką.

Nie uwierzę, że do wydawnictwa Harlequin też przez przypadek Pani trafiła. N.K.-M. Ale tak było. (śmiech) Koleżanka spytała, czy mogłabym pomóc przy rekrutacji do jakiegoś wydawnictwa. Okazało się, że to Harlequin, które miało wydawać w Polsce romanse. Po zakończeniu naboru szefowie z Kanady spytali mnie, czy wiem, kogo wybrali. Zaczęłam zgadywać. A oni, że mnie. Zaczęłam się śmiać i mówię: „No fajny dowcip, ale powiedzcie, kogo wybraliście”. Patrzę, a oni się nie śmieją. I tak po raz kolejny weszłam w branżę, o której nie miałam bladego pojęcia. To mnie wiele nauczyło. Jestem teraz mentorką wielu młodych dziewczyn i mówię im, że nie święci garnki lepią. Dodaję im pewności siebie, przekonuję, że wszystkiego można się nauczyć.

Okazało się, że wydawanie harlequinów to wielki sukces. N.K.-M. W ciągu 4 lat wydaliśmy 500 tytułów, sprzedaliśmy 50 mln egzemplarzy. W tym czasie czytelnictwo w Polsce podskoczyło aż o 6 punktów procentowych. Ten efekt był zaskoczeniem dla wszystkich. Nawet dla moich szefów. Zaprosili mnie do Toronto, bym powiedziała, jak to robimy, że co miesiąc sprzedajemy milion egzemplarzy.

To czemu Pani odeszła? N.K.-M. Uznałam, że to najlepszy moment. Chciałam jeszcze czegoś w życiu spróbować.

I trafiła Pani do reklamy. N.K.-M. I oczywiście przez przypadek. (śmiech) Szukałam następcy dla siebie w wydawnictwie i jeden z rekruterów zapytał mnie, co ja będę dalej robić. Zaczął namawiać mnie, bym przyjęła pracę w Young & Rubicam. I z osoby zajmującej się reklamą książek, które wydaje, nagle zostałam szefową jednej z największych agencji reklamowych. Odnieśliśmy biznesowy sukces, udało mi się stworzyć świetny zespół.

Atmosfera w pracy jest dla Pani ważna? N.K.-M. Wierzę, że ludzie się po coś spotykają. Czułam odpowiedzialność za swoich pracowników. Na drzwiach mojego gabinetu ktoś powiesił kartkę „zakładowy psychiatryk”, bo miałam kanapę i zawsze rano ktoś wpadał, kładł się na niej i zaczynał opowiadać. Czasem nawet było to trudne do uniesienia, bo niektóre historie były ciężkie.

Skoro było tak fajnie, czemu i stąd Pani odeszła? N.K.-M. Wyszłam ponownie za mąż i urodziłam drugą córkę. Uznałam, że mnie już nie interesuje praca w reklamie, tylko chcę być w domu z dzieckiem.

Pani spotkanie z mężem też było jak z harlequina. N.K.-M. Takiego harlequina nikt nie napisał, a jak ktoś napisze, to nikt w niego nie uwierzy. (śmiech) Spotkaliśmy się służbowo. Rozmowa trwała godzinę Po trzech dniach zadzwonił i powiedział, że chce spędzić resztę życia ze mną. I tak zrobił. Jest ode mnie 13 lat starszy. Mądry, dowcipny, opiekuńczy i bardzo młodzieńczy. Harleyowiec! Bardzo mnie wspiera. Gdy wracam wieczorem, słyszę: „Zmęczona jesteś? Zrobić ci herbaty czy nalać winka?”. Jest bardzo dobrym człowiekiem.

Nina Kowalewska-Motlik uwielbia opowiadać klientkom o swoich perfumach i arabskiej kulturze.

Nina Kowalewska-Motlik uwielbia opowiadać klientkom o swoich perfumach i arabskiej kulturze.

Podobno lubi Pani gotować. To pewnie mąż jest zachwycony. N.K.-M. Jest. (śmiech) Gotowanie mnie relaksuje, uwielbiam to robić! Znajomi żartują, że gdy przychodzą do mnie w gości bez zapowiedzi, to podam im „tylko” 6 dań, a przygotowana 12. Jak jest wigilia w pracy, to niczego nie zamawiam. Wszystko robię sama. Namęczę się, ale wiem, że będzie smacznie.

Kiedy Pani to robi? N.K.-M. Stoję przy kuchni całe weekendy i codziennie wieczorem. Mam metodę – gotuję próżniowo. Przygotowuję sobie mięsa, drób, rybę na ileś porcji. I wkładam ugotowane, w próżniowych workach do lodówki. Mam porcje na cały tydzień. Robię tylko do tego sałatę i gotowy obiad. Latem robię własne przetwory: mam słoiczki z pomidorami, suszę koper, mrożę prawdziwki. Piekę też chleb, pizzę. Moje mielone są legendarne. Jak ktoś mówi, że jego mama robi najlepsze, to od razu czuję się zagrożona. (śmiech) Mam swoją tajemną recepturę.Jakby pani do mnie wpadła, to na pewno głodna pani nie wyjdzie.

Talent kulinarny odziedziczyła Pani po mamie? N.K.-M. Ona nie przepada za gotowaniem i jak ją zapraszam na niedzielny obiad, to zawsze mi mówi, że nie może patrzeć, że tyle stoję przy kuchni. Nie rozumie, że mnie to relaksuje.

Córki dostają od Pani słoiki na wynos? N.K.-M. Dostają, ale one też świetnie gotują. Gdy były małe, miały domowy obiad. Moi rodzice spędzali długie godziny w pracy, na kilku etatach. Wracałam sama do pustego domu z kluczem na szyi, szłam do sąsiadki i dostawałam jakąś zupę. Mama gotowała wieczorem, po pracy. Stwierdziłam, że moje dzieci będą miały dom pachnący rosołem i ciastem. Bo to jest miłość. Dla mnie gotowanie i jedzenie wspólnie z rodziną czy przyjaciółmi to dzielenie się miłością. Udało się to przekazać córkom. Gdy starsza, Monika, wyprowadziła się z domu, zaprosiła nas do siebie na kolację. Zdziwiłam się, bo nie podejrzewałam, że ona umie gotować. Uprzedzałam męża, że cokolwiek by podała, on ma się zachwycać. Nie musieliśmy udawać, było naprawdę pysznie. Młodsza Sara też dobrze gotuje. Studiuje teraz w Abu Dhabi i sama musi wszystko ogarniać. Ma problemy zdrowotne, więc pilnuje, co je. Czasem przesyła zdjęcia tych potraw i wyglądają genialnie. Świetnie sobie radzi sama daleko od domu. Z obu jestem dumna.

Podobno oprócz gotowania kocha Pani też remonty? N.K.-M. To moja wielka pasja. Jestem Bob Budowniczy. Uwielbiam to. Najlepszy lakier do włosów to pył z budowy. (śmiech) Dla mnie nie ma problemu złożyć żyrandol, pomalować własnoręcznie kratę do sklepu. Nie boję się pracy fizycznej. Jeśli trzeba umyć chodnik przed wejściem do sklepu, pożyczam od dozorcy szlauch i myję. Zawsze robię to, co trzeba zrobić.

W Pani sklepie, gdzie rozmawiamy, jest naprawdę przyjemnie. Piękna muzyka, niezwykłe zapachy. Nie chce się wychodzić. N.K.-M. Zawsze dbam o szczegóły. I po raz kolejny spełniam kobiece marzenia. Wcześniej sprzedając harleqiny, a teraz perfumy. Często przychodzą do mnie bardzo skromne osoby, które lubią słuchać, jak opowiadam historie z „Tysiąca i jednej nocy”, mówię, jaką rolę odgrywają zapachy w kulturze arabskiej, dlaczego kobieta, która jest całkowicie zasłonięta, musi pięknie pachnieć.

Musi, a nie chce? N.K.-M. Tak, musi, bo to jest jedyna możliwość, by mężczyzna dla niej oszalał z zachwytu. I chcę, by tak samo pięknie pachniały Polki. Dbam, by ceny były dla wszystkich. Mamy jedną panią, która jest po pięćdziesiątce i ma za sobą ciężkie przeżycia. Teraz pracuje w kuchni dla bezdomnych. Przyjeżdża do nas po ten swój wymarzony zapach. Zawsze jej mówię: „Świetnie pani trafiła, właśnie mamy 50 procent zniżki”. Bo to dla mnie niezwykle wzruszające, że pani, która miała w życiu tak ciężko, realizuje swoje małe marzenia. Cieszę się, że za pomocą moich perfum czyjś świat staje się bardziej kolorowy, piękniejszy.


Comments